| ° Forum ° Odpowiedz ° Rejestracja ° Szukaj ° | |
|
pozycjonowanie stron |
Największa gdzie kupisz części używane do swojego samochodu. |
| Zobacz: / Hobby - lotnictwo / Decydujący ułamek sekundy |
| Autor | Wiadomość |
| Adi
|
Posted: 7 Paź 2006 08:27:16 http://wiadomosci.onet.pl/1363674,2678,kioskart.html Nie znalazłem, aby było na grupie... -------------------------------------------------------------------- New York Times *Decydujący ułamek sekundy* Niedawna powietrzna kolizja samolotów kosztowała życie 155 pasażerów Boeinga 737, który spadł na amazońską dżunglę. Drugi uczestniczący w niej odrzutowiec oraz wszyscy jego pasażerowie przetrwali wypadek i bezpiecznie wylądowali. Jeden z nich opisuje dramatyczne wydarzenia. To był spokojny, komfortowy lot. Zaciągnąłem roletę i relaksowałem się w skórzanym fotelu na pokładzie wartego 25 milionów dolarów małego odrzutowca lecącego 11 tysięcy metrów nad rozległymi lasami Amazonii. Każdy z siedmiu pasażerów pochłonięty był własnymi myślami. Nagle poczułem straszliwy wstrząs i usłyszałem huk, po którym zapadła dziwna cisza, zakłócana jedynie pomrukiem silników. I wtedy padły trzy słowa, których nigdy nie zapomnę: "Coś nas rąbnęło" -- powiedział Henry Yandle, jeden z pasażerów, stojący w pobliżu kabiny pilotów Embraera Legacy 600. "Rąbnęło? Co?" -- zdziwiłem się. Uniosłem roletę. Niebo było czyste, a słońce schodziło coraz niżej. Pod nami, jak okiem sięgnąć, rozciągała się puszcza tropikalna. Ale na końcu skrzydła, tam, gdzie powinien znajdować się półtorametrowy winglet (zagięty do góry rozpraszacz wirów, zmniejszający opór powietrza -- przyp. Onet), widać było tylko 30-centymetrowy strzęp blachy, jaki z niego pozostał. Tak zaczęło się najpotworniejsze pół godziny mojego życia. Przez kilka kolejnych dni wiele razy mówiono mi, że z kolizji w powietrzu nikt jeszcze nie uszedł z życiem. Miałem zatem szczęście, ale dopiero później dowiedziałem się, że zabrakło go 155 pasażerom Boeinga, który w nas uderzył. Inspektorzy prowadzący śledztwo nadal starają się ustalić, co się stało i jakim cudem nasz mniejszy samolot utrzymał się w powietrzu, a 737, który jest dłuższy, szerszy i ponad trzy razy cięższy, runął na ziemię. Ale o 15.59 w piątek po południu wiedziałem jedynie, że mamy urwany kawałek skrzydła. Było też jasne, że nasza sytuacja z każdą chwilą się pogarsza. Z przedniej krawędzi skrzydła wypadały nity i odrywała się blacha. To zdumiewające, ale nikt nie wpadł w panikę. Piloci zaczęli spokojnie szukać na swych przyrządach i mapach najbliższego lotniska, wypatrując jakiegoś miejsca do posadzenia maszyny. Mijały kolejne minuty, samolot tracił prędkość. Wszyscy już zdawaliśmy sobie sprawę, jak jest źle. Zacząłem zastanawiać się, jak bardzo będzie bolało awaryjne lądowanie, jak optymistycznie określa się zderzenie z ziemią. Pomyślałem o swojej rodzinie. Sięganie po telefon komórkowy nie miało sensu -- nie było zasięgu. Kiedy wraz ze słońcem zaczęły gasnąć nasze nadzieje, niektórzy z nas napisali listy do żon i ukochanych i włożyli je do portfeli, licząc na to, że później zostaną odnalezione. (...) Przez kolejne 25 minut piloci Joe Lepore i Jan Paladino wypatrywali na przyrządach jakiegokolwiek lotniska. Nic się nie pojawiało. Wysłali sygnały z prośbą o pomoc, które odebrał jakiś samolot transportowy znajdujący się w okolicy. Z żadną inną maszyną nie udało się nawiązać kontaktu, a z pewnością nie z Boeingiem 737, który powinien być w tym samym rejonie. Wtedy Lepore spostrzegł pośród gęstwiny drzew pas startowy. "Widzę lądowisko" -- powiedział. Piloci usiłowali skontaktować się z wieżą kontrolną tej, jak się okazało, bazy wojskowej ukrytej w Amazonii. Polecieli szerokim łukiem, by uniknąć zbyt dużego obciążenia skrzydła. Kiedy samolot podchodził do pasa, nawiązali kontakt z wieżą. "Nie wiedzieliśmy, jak długi jest ten pas ani co się na nim znajduje" -- powiedział wieczorem tego dnia Paladino w ukrytej w dżungli bazie Cachimbo. Szybko zmniejszaliśmy wysokość. Widziałem, jak piloci walczą z maszyną, bo wiele automatycznych urządzeń przestało działać. Samolot zatrzymał się daleko przed końcem pasa. Na drżących nogach powlekliśmy się do wyjścia. "Przyjemny lot" -- powiedziałem do pilotów. Tak naprawdę było w tym zdaniu jeszcze jedno słowo, ale nienadające się do druku. "Polecamy się na przyszłość" -- odparł Paladino z nerwowym uśmiechem. Wieczorem dostaliśmy w bazie piwo i jedzenie. Zachodziliśmy w głowę, co takiego w nas uderzyło. Balon meteorologiczny? Jakiś myśliwiec wojskowy, którego pilot się katapultował? Szczątki samolotu, który wybuchł w powietrzu gdzieś w naszej okolicy? Niezależnie od przyczyny jasne było, że nie wiadomo jakim cudem wyszliśmy z tego żywi. Gdy poszliśmy do baraków, w których mieliśmy spać, na widok łóżka kojarzącego mi się z akademikiem w przystępie wisielczego humoru powiedziałem: "A może my już nie żyjemy i to właśnie jest piekło -- męskie spotkania przy piwie przez całą wieczność". Około 19.30 do stołu w jadalni podszedł Dan Bachmann, przedstawiciel Embraera i jedyny z nas, który mówił po portugalsku. Miał wieści z biura dowódcy. Boeing 737 ze 155 osobami na pokładzie zaginął dokładnie w tym miejscu, gdzie mieliśmy kolizję. Do tej chwili żartowaliśmy sobie z tego, co nas spotkało. Nazwaliśmy się Siódemką z Amazonii żyjącą życiem nie należącym do nas, lecz jakoś nam darowanym. Mówiliśmy, że będziemy spotykać się wszyscy co roku i składać sprawozdanie, jak wykorzystujemy ten ofiarowany nam czas. Ale teraz pochyliliśmy głowy i zapadła cisza, przerywana odgłosem tłumionego szlochu. Obaj piloci, doświadczeni zawodowcy, byli wstrząśnięci. "Jeśli ktoś powinien spaść, to byliśmy to my" -- powtarzał 42-letni Lepore z Bay Shore w stanie Nowy Jork. 34-letni Paladino z Westhampton w stanie Nowy Jork z trudem wydobywał z siebie słowa. "Próbuję jakoś dojść do siebie, tylu ludzi zginęło. Jest mi z tym coraz gorzej" -- mówił. "Jesteście bohaterami -- powiedział Yandle. -- Uratowaliście nam życie". Uśmiechnęli się blado. Widać było, że ten ciężar pozostanie z nimi na zawsze. Następnego dnia w bazie zaroiło się od przedstawicieli władz brazylijskich prowadzących dochodzenie w sprawie zaginionego 737. Jak się dowiedzieliśmy, leżał on sto kilkadziesiąt kilometrów na południe od nas, w rejonie, do którego można dotrzeć jedynie karczując drogę przez dżunglę. Pozwolono nam również podejść do naszego samolotu, badanego przez inspektorów. Ralph Michielli, wiceprezes do spraw obsługi naziemnej w ExcelAire i jeden z pasażerów naszego lotu wziął mnie na podnośnik, żebym przyjrzał się uszkodzeniu skrzydła. Płyta przy krawędzi skrzydła odstawała o kilkadziesiąt centymetrów. Ciemne plamy w pobliżu kadłuba wskazywały, że wyciekało paliwo. Poprzeczny statecznik poziomy na ogonie był częściowo zniszczony, brakowało też kawałka steru wysokości. Brazylijski inspektor wojskowy zaskoczył mnie swoją gotowością do rozmowy, choć fakt, że on po angielsku mówił słabo, a ja po portugalsku wcale, nie ułatwiał nam sprawy. Oto przypuszczenia inspektora dotyczące przebiegu zdarzeń: oba samoloty w niewyjaśniony sposób znalazły się w tym samym miejscu przestrzeni powietrznej, na tej samej wysokości. Piloci Boeinga 737 lecąc w kierunku południowo-wschodnim dostrzegli naszego Legacy 600, zmierzającego na północny zachód do Manaus, i wykonali gwałtowny unik. Skrzydło Boeinga weszło w przestrzeń pomiędzy naszym skrzydłem i ogonem, zaczepiło o maszynę dwa razy, po czym 737 wszedł w śmiertelną spiralę. Brzmi to nieprawdopodobnie, przyznał inspektor. "Ale sądzę, że tak właśnie było" -- dodał. Wprawdzie nikt nie może jeszcze stwierdzić z całą pewnością, jak doszło do tego wypadku, ale również trzech innych brazylijskich oficerów powiedziało mi, że podobno oba samoloty znalazły się na tej samej wysokości. Dlaczego ja, siedzący najbliżej miejsca uderzenia, niczego nie słyszałem, żadnego odgłosu potężnego 737? Zapytałem o to, Jeirgena Prusta, pilota testowego Embraera. Było to już następnego dnia, kiedy zostaliśmy przerzuceni z bazy wojskowej do siedziby policji w Cuiaba. (...) Prust wyjął kalkulator i zaczął wystukiwać cyfry. Obliczał czas potrzebny, by usłyszeć dźwięk odrzutowca zbliżającego się do drugiego odrzutowca, kiedy oba lecą w przeciwnych kierunkach z prędkością ponad 800 kilometrów na godzinę. Po chwili pokazał mi wynik. "To drobny ułamek sekundy" -- dodał. Obaj spojrzeliśmy na pilotów -- siedzieli przygarbieni na kanapie. "Ci ludzie uratowali nam życie" -- powiedziałem. "Tak wynika z moich obliczeń" -- zgodził się Prust. Później pomyślałem, że może to jednak pilot brazylijskiego samolotu pasażerskiego ocalił nasze życie swą błyskawiczna reakcją. Jego pasażerowie nie mogą powiedzieć tego samego. |
| Krasnal
|
Posted: 7 Paź 2006 08:51:47 To był 7 październik (prawdopodobnie sobota), gdy o godz. 10:27 *Adi* Niezłe, aż mnie ciarki przeszły ;). |
|
Czas ładowania strony (sek.): 4.353 miniBB.net © 2001-2010 Polityka Prywatności motoryzacja kawaleria foto cyfrowe multi 2008 |